G. Keler: \"Prezent\" dla Polaków
Po blisko dwóch latach rządów PO i Donald Tusk wciąż cieszą się
wysokim poparciem. Przyczyna tego stanu rzeczy to temat na inne,
bardzo długie rozważanie. W tym miejscu chciałbym natomiast
odpowiedzieć na pytanie, co przygotował większości Polaków tak
uwielbiany przez nich rząd.
Logiczne wydaje się, że w czasie kryzysu gospodarczego rząd powinien
dążyć do złagodzeniu jego skutków, zwłaszcza w odniesieniu do
pracowników i ludzi najuboższych, a także rozpędzić gospodarkę,
wykorzystując swoje możliwości. Tak postępują władze we wszystkich
krajach rozwiniętych i takich, które mają aspiracje dołączyć do tego
grona. Ale polski rząd ma swój własny pomysł, który - jeśli przyniesie
jakikolwiek pozytywny skutek - powinien zapewnić Donaldowi Tuskowi
Nagrodę Nobla.
Miało być pięknie - zaczęło się od negocjacji związków zawodowych i
pracodawców. Udało im się osiągnąć porozumienie, które - bądźmy
szczerzy - było bardzo korzystne dla zatrudniających, a zatrudnianym
zostawiało nędzne ochłapy. Jednak liderzy związkowi byli zadowoleni z
siebie, bo coś jednak im się udało ugrać, a wobec wrogiego nastawienia
mediów i rządu to i tak było spore osiągnięcie. Problem w tym, że gdy
rząd wziął sprawy w swoje ręce owe \"coś\" wyrzucił do kosza,
zostawiając wyłącznie to, co było na rękę przedsiębiorcom.
Do rzeczy. 1 lipca Sejm głosami PO i PSL przyjął projekt ustawy o
łagodzeniu skutków kryzysu ekonomicznego dla pracowników i
przedsiębiorców, zwanej też ustawą antykryzysową. Clou tego aktu
stanowią przepisy dotyczące czasu pracy i zatrudniania na czas
określony. Te pierwsze mogą dotknąć praktycznie każdego pracownika, a
kolejne - dużą grupę, zwłaszcza młodych ludzi.
Tzw. okres rozliczeniowy został wydłużony do 12 miesięcy. W tym
okresie pracodawca będzie mógł niemal dowolnie kształtować długość
\"dniówki\" pracownika. Może więc kazać mu przez kilka miesięcy pracować
po 13 godzin dziennie. Jeżeli zdrowie pracownika wytrzyma to
obciążenie, to przez kolejnych kilka miesięcy będzie on pracował po 3
godziny dziennie. Następnie znowu nadejdzie okres pracy po kilkanaście
godzin dziennie, po którym nastąpi kilka miesięcy odpoczynku. A jeżeli
pracownik tego nie wytrzyma? W takim wypadku pracodawca też będzie
zabezpieczony. Jak? Spójrzmy. Związki jako rekompensatę za zrzeczenie
się pewnych praw otrzymały prezent w postaci ograniczenia zatrudniania
pracowników na czas określony. Wielu młodych ludzi pracuje na
podstawie takich właśnie umów, żyjąc w niepewności i obawiając się, że
kontrakt nie zostanie przedłużony. Nowa ustawa przewiduje, że taka
umowa nie będzie mogła obowiązywać dłużej niż przez dwa lata. Na
pierwszy rzut oka wygląda to całkiem sensownie, ale w rzeczywistości
nowe rozwiązania uderzają w pracownika. Otóż do tej pory umowa na czas
określony mogła być przedłużona raz, zaś kolejne przedłużenie
oznaczało zawarcie umowy na czas nieokreślony. Tym samym pracownik
wiedział, że po dwóch umowach na czas określony może wreszcie nadejść
stabilizacja. Teraz wspomniane ograniczenie zostało zlikwidowane.
Krótko mówiąc: umowa na czas określony nie może obowiązywać przez
dłużej niż dwa lata, ale może być przedłużana w nieskończoność. Nie ma
zatem mowy o jakiejkolwiek pewności zatrudnienia. Zatem pracodawca
będzie mógł eksploatować pracownika do woli, następnie się go
pozbywając i nie musząc zawierać umowy na czas nieokreślony.
Pracodawca może też dowolnie zmieniać godziny rozpoczęcia i
zakończenia czasu pracy. A więc na przykład w poniedziałek pracownik
będzie pracował w godzinach 8 - 16, we wtorek 14 - 22, w środę 10 -
18, w czwartek 15 - 23, a w piątek 11 - 19. I to optymistycznym przy
założeniu, że czas pracy wynosić będzie osiem godzin, co wobec wyżej
przedstawionych zmian jest bardzo wątpliwe. Teoretycznie sam
pracownik, jeżeli opiekuje się dzieckiem lub innym członkiem rodziny,
będzie mógł wystąpić o to, żeby jego godziny pracy zostały uregulowane
w sposób, który jemu odpowiada. Ale pracodawca tego wniosku wcale nie
musi uwzględnić.
Wreszcie pracodawca może zmniejszyć czas pracy pracownika o połowę,
proporcjonalnie zmniejszając wynagrodzenie. Nie będzie nawet musiał
nawet zapowiedzieć tych zmian! Będzie też mógł skrócić czas pracy i
wysłać pracownika na szkolenie, za które zapłaci... państwo.
Teoretycznie z powyższych przepisów skorzystać będą mogli tylko
przedsiębiorcy mający przejściowe trudności. Tyle że przy obecnych
problemach gospodarczych duża część firm ma takie właśnie kłopoty i
będzie mogła zastosować korzystne dla siebie normy. Również
teoretycznie spora część zmian w funkcjonowaniu przedsiębiorstwa
będzie musiała być uzgodniona ze związkami zawodowymi czy
przedstawicielami pracowników. Tyle że organizacje pracownicze są u
nas wyjątkowo słabe. Ich autorytet upadł, częściowo z ich winy, ale w
ogromnej mierze z powodu propagandy liberalnych polityków i mediów.
Większość organizacji związkowych nie odważy się zatem sprzeciwić
pracodawcom czy to ze strachu przed krytyką mainstreamu czy też z
powodu swojej słabości albo i skorumpowania.
Jeżeli w zakładzie nie ma związków, decyzje będą musiały być
uzgodnione z pracownikami. To byłoby nawet śmieszne, gdyby nie to, że
jest straszne. Czy ktoś zna jakiegokolwiek pracownika, który w obronie
praw swoich i kolegów potrafiłby się przeciwstawić pracodawcy?
Co zatem naród dostał w prezencie od swojego wodza? Ustawę, która jest
spełnieniem marzeń pracodawców i uderza w większość społeczeństwa.
Likwiduje ośmiogodzinny dzień pracy, o który ludzie walczyli ponad sto
lat temu i w imię tej idei przelewali krew. Pozwala pracodawcy
regulować czas pracy według swojego uznania. Utrudnia młodym ludziom
zdobywanie stałego zatrudnienia. Na dodatek nie dostaliśmy nic w
zamian. W latach 90. podobne zmiany przeprowadzono we Francji. Tyle że
jednocześnie wprowadzono tam 35 - godzinny tydzień pracy. I wydajność
pracy wzrosła, a gospodarka ruszyła z kopyta! Wmawia się nam, że
Polacy są leniwi, że prawo pracy jest u nas zbyt sztywne, że żyjemy na
koszt państwa czy bogatych. Tymczasem fakty świadczą o czymś zupełnie
innym. Pod względem gwarancji dla pracowników czy poziomu opieki
społecznej nie możemy się równać z państwami najbardziej rozwiniętymi
- Wielką Brytanią, Francją czy Niemcami.
Wszyscy wiemy, że jest kryzys (choć akurat rząd zaprzecza, by dotknął
on Polskę; po co zatem pakiet antykryzysowy?). Związki zawodowe też o
tym wiedziały, negocjując zmiany i dlatego zrezygnowały z wielu
ważnych praw pracowniczych. Czy jednak możemy zaakceptować aż takie
ustępstwa? Czy one w ogóle mają sens, skoro doświadczenia innych
państwa świadczą o czym innym? Czy chcemy ponosić koszty kryzysu, w
sytuacji, gdy przedsiębiorcy ich nie ponoszą? Czy sprawiedliwość
polega na tym, że są równi i równiejsi? A może na tym, że biedni i
średnio sytuowani płacą, a bogaci korzystają? To są pytania
retoryczne. Ale jak długo jeszcze będą aktualne?
Grzegorz Keler
FMS Gliwice
grzegorz.keler@gmail.com
|